Marcówko-kwietniówka 2018

Marcówko-kwietniówka 2018 – walka wiosny z zimą czyli dlaczego warto zabierać ze sobą wszystkie rowery, które zmieszczą się do samochodu. Ostatni raz byłem w Beskidach we wrześniu 2017r. więc kiedy nastał marzec to byłem naprawdę zniecierpliwiony i chciałem jechać gdzieś gdzie jest nierówno, w górę oraz w dół. Pogoda była kapryśna do tego stopnia, że nie byłem do końca przekonany czy warto zabierać fat bike’a. Po cichu liczyłem, że zima wróci choć na tydzień i w końcu będę mógł pośmigać po śniegu na własnym rowerze.

W czasie drogi w Góry termometr w samochodzie pokazał +11° więc większą część podróży poświęciłem na wielce konstruktywne rozważania czy nie powinienem był już założyć letnich opon.

Szczęśliwie okazało się, że śnieg jest. Jeszcze. Temperatura zaczęła się robić niepokojąco plusowa więc czym prędzej złożyłem fata do kupy i ruszyłem na szlak.Oto i on! Mój własnych tłuścioch i pierwsza quasi zimowa wycieczka z wiosną wiszącą w powietrzu.Dwa dni później było już tak… Naturalną kolejną rzeczy było wyciągniecie Krossa z szopy.

Dwa kolejne zdjęcia na dowód na to, że jeżeli rama jest pod koła 27,5″ to właśnie takowe się do niej mieszczą. Generalnie to oficjalnie ogłosiłem wiosnę i uznałem, że temat fata jest zamknięty. A parę dni później przyszedł mróz i zaczął padać śnieg. Schowałem Krossa do szopy i wyciągłem Fata. Bo blisko drzwi stał. Bryton Rider 330 ma wbudowany termometr, jednakże takie umiejscowienie licznika jakie ja preferuje zawyża temperaturę.Bryton Rider 330Pomimo tego, że widać -9° to odczuwalna była gdzieś na poziomie -15° ze względu na ciągły wiatr. Mając sensowne ubranie to nie jest problem, ale kiedy za długo cykałem fotki bez rękawiczki to zorientowałem się że coś jest nie tak dopiero jak nie mogłem zacisnąć dłoni. Zmarzłem jak cholera pomimo tego, iż nie miałem odczucia, że piździ jak na biegunie.

Właśnie na takie małe rzeczy trzeba najbardziej uważać w zimie.

Jazda byłaby przyjemnością gdyby nie fabryczne opony, które zapewne świetnie radzą sobie na piasku, ale bardzo kiepsko na śniegu nawet kiedy warunki są idealne. Na ratunek przyjechały https://www.endurorider.pl/cst-roly-poly-26×4-8/ Różnica w jeździe była taka jak po przesiadce z pseudo suva do Toyoty Land Cruiser V8. Rower zyskał zupełnie nowe możliwości trakcyjne a jazda po wszelakim śniegu jeszcze nigdy nie była tak łatwa. To zmiana zaowocowała jedną z najsupszejszych wycieczek zimowo-rowerowych w tym życiu.

Naprawdę było po prostu cudownie!

A dwa dni później zrobiło się ciepło i śnieg został tylko w cieniu albo w najwyższych partiach Gór.

Przez cały pobyt nic się nie działo sprzętowo, ale bilans się wyrównał pod koniec wyjazdu.Ubłocony łańcuch został zaciągnięty przez koło łańcuchowe korby a fabrycznie niedokręcona przerzutka wygięła się w banana. Usterka o tyle denerwująca co zabawna jednocześnie. Problem rozwiązałem kupując identyczną używkę za 30 zeta ;)

https://www.endurorider.pl/northwave-celsius-2-gtx/ nadal spisują się znakomicie w zimowych warunkach. Przed następny sezonem na śnieżną jazdę pokaże Wam test naprawdę świetnych spodni zimowych od autentycznie Polskiego producenta, które są po prostu rewelacyjne.

Dla osób żądnych ofiar sprzętowych mam tym razem co innego a mianowicie podwójną skuchę z mojego samochodu. Zawsze, ale to zawsze przed każdym wyjazdem sprawdzam hamulce stosując wyszukaną metodę polegającą na tym, że rozpędzam się i potem z całej siły walę kopa w pedał hamulca zasadniczego. Przed wyjazdem wszystko było ok, więc kiedy miałem się okazję przejechać po beskidzkim śniegu uznałem, że zrobię dokładnie to samo. Efekt widać poniżej.Elastyczny przewód hamulcowy po prostu wystrzelił. Szczęście w nieszczęściu, że sytuacja wydarzyła się pod samym obiektem więc nie było żadnej dramatycznej akcji ani nic z tych rzeczy. Pożyczyłem inny samochód i jeszcze tego samego dnia miałem komplet nowych przewodów w ręku. Po złożeniu wszystkiego do kupy ponownie sprzedałem kopa w hamulec i znowu poczułem, że jest jakiś wyciek. Okazało się, że tym razem wysrał się przewód metalowy (ten zielony) Kiedyś jakiś debil aka pseudomechanik wygiął ucho trzymające łączenie przewodu elastycznego z metalowym. Z biegiem czasu przewód stalowy został po prostu przetarty o elementy zawieszenia a kiedy go ruszyłem w czasie odkręcania to pękł. Takie akcje zawsze w piątek. No po prostu zawsze. Na ratunek przyszła firma https://przewody-hamulcowe.pl/pl/ u których zamówiłem wszystko co było mi potrzebne łącznie z certyfikowaną złączką, którą można łączyć przewody. Nie, to nie jest żadne druciarstwo tylko standardowe rozwiązanie z branży, nie tylko, motoryzacyjnej. Okazuje się, że oni robią też przewody elastyczne w stalowym oplocie do praktycznie każdego samochodu osobowego więc byłem ciężko niepocieszony, że już kupiłem komplet zwykłych kabli. W innej sytuacji na pewno bym zamówił u nich wersję zbrojoną bo wiem, że to jest znacznie lepsze niż zwykłe przewody. W końcu poskładałem wszystko do kupy i w czasie pierwsze hamowania nie zasunąłem ryjem w kierownicę wyłącznie dlatego, że utrzymały mnie pasy. Ewidentnie stare przewody były bardzo słabe i poddawały się ciśnieniu w układzie. Tak więc dygresja na koniec: jeżeli jeździsz samochodem, który ma już kilka lat na karku to wymień przewody elastyczne nawet jeżeli “wyglądają ładnie”.

Jeżeli nie chcesz przegapić żadnej aktualizacji strony Endurorider.pl zapisz się do Newslettera

Jeżeli w komentarzu podano prawdziwy adres e-mail to dostaniesz informację kiedy Twoja wypowiedź zostanie opublikowana. Pamiętaj aby sprawdzić folder SPAM.

kamil/Endurorider.pl

Autor: 

Twórca i założyciel Endurorider.pl Bezkompromisowy wielbiciel grubych opon i prawdziwej górskiej jazdy.

Powiązane wpisy

Podziel się swoją opinią